Za 30 lat wszyscy będą mówić: "Hobotalk, to dopiero był zespół! Marc Pilley, cóż za songwriter! Genialny!" Dlaczego tak się nie mówi już teraz? Wszystko przecież za tym przemawia. "Alone Again Or" to ich trzeci album dla Glitterhouse, po "Notes On Sunset" i "Homesick For Nowhere", dwóch cudownie pięknych, klasycznych płyt między Timem Buckleyem, Johnem Martynem i Timem Hardinem.
12 utworów na nowej płycie zostało podzielonych klasycznie (wg winylowej logiki) na stronę A (The Electric Night) i B (The Acoustic Morn). Niech nikt nie narzeka, że płyta taka krótka, przecież wszystkie klasyczne płyty miały zawsze między 30 a 40 minut (no chyba, ze był to podwójny album), dopiero era CD zaczęła wymuszać na muzykach nagrywanie wciąż podwójnych albumów. Na "Alone Again Or" czas nie ma znaczenia, to album z czasów sprzed bitów i bajtów. Płyta z jednej strony intensywna i pełna energii, z drugiej zaś wypełniona pięknymi piosenkami i melodiami. Ich piosenki są jednak czesane trochę pod włos, dużo tu nieoczekiwanych zmian tempa, tonacji, gitary są ostrzejsze niż poprzednio, stoicko przesterowane, wyobraź sobie wspólny jam Buffalo Springfield z Captain Beefheart i The Doors... Słodycz i łzy prawie znikły z muzyki Marca Pilleya, pojawiły się za to repetytywne rytmy i zaskakujące aranżacje.
"I used to love the sound of the carnival on the edge of town, it always made me shiver with excitement. I wondered what went on in the tents, the sounds the sights. I wondered what a band would sound like in those tents, so I made HOBOTALK." (Marc Pilley)
Hobotalk zwrócili na siebie uwagę już przy swoim debiucie "Beuty In Madness" i byli nominowani nawet do Mercury Music Award. Zespół grał trasy w Europie, specjalne koncerty telewizyjne, ale w końcu jak wielu innych artystów padli ofiarą oszczędnościowych zmian w przemyśle muzycznym i stracili swój kontrakt płytowy z dużą wytwórnią.
W kolejnych latach Marc Pilley ucichł, spędził trochę czasu w....... more