Tak wschodzi słońce nad Teksasem, dokładnie tak, jak brzmi siódmy już album instrumentalnych narratorów... Dwie gitary i perkusja tworzą taką przestrzeń i soczyste brzmienie. Morricone i meskalina, gorączka i wirtuozeria jazzu i sprowadzający z powrotem na ziemię ciężar bluesa. To wszystko wessali w siebie Bill Elm i jego kumple, którzy od dawna nazywają siebie przekornie Przyjaciółmi Deana Martineza. Ich majestatyczne, epickie opowieści muzyczne tworzą nastroje, klimaty, powodują stan zamyślenia i pobudzają do marzeń. Friends Of Dean Martinez mają do tego nosa i potrafią to robić naprawdę znakomicie. Ich utwory to prawdziwe pieśni, tyle, że bez słów, mają niesamowitą siłę narracyjną, mogłyby być soundtrackami do setek filmów, o bezkresnych pustyniach, oceanie czy tzw. filmów drogi...
Bill Elm, gitarzysta, niegdyś muzyk słynnej formacji Giant Sand, po której rozpadzie powstało min. Calexico, tak lakonicznie mówi o tej płycie: "Maybe there's not much to be said about an instrumental album."
Muzyczne skojarzenia z Calexico, Giant Sand, momentami z Gallon Drunk i Nickiem Cave'em czy nawet The Doors są jak najbardziej na miejscu, z tym, że to właśnie Calexico powołują się na inspirację zespołem Friends Of Dean Martinez. Jak sami mówią "Gdyby nie Friends Of Dean Martinez pewnie nigdy nie zaistniałoby Calexico..."
I jeszcze jedna ciekawostka: rosyjski wydawca "Playboya" zaprosił Friends Of Dean Martinez jako muzyczną gwiazdę na jedno ze swoich gigantycznych moskiewskich party.