Na pudełku tej płyty znajduje się nalepka głosząca: „Gdyby Joe Meek lądował awaryjnie w Nashville” - to idealna recenzja. Płyta streszcza historię outsiderów contry - Jacka Blancharda, Misty Morgan i licznych projektów w których brali udział. Miesza się tu, jak dla mnie nieco ciężkostrawne, country
z wykręconym psychofolkiem, popem i rock and rollem. Najwcześniejsze nagrania pochodzą
z lat ‘50. ostatnie powstawały już w tym wieku. Przytłaczająca większość pochodzi jednak z lat ‘60. i ‘70.. Od pierwszego utworu słychać, że to przede wszystkim szalona wizja producenckiego tandemu, nietypowe aranżacje, odjechane drobiazgi. Mimo, iż nieraz bolą mnie zęby, jest na tej płycie mnóstwo muzyki przy której obecne alt country i americana jawią się równie miałkie, co Dolly Parton i Kris Kristofferson. Przede wszystkim Jack Blanchard i Misty Morgan nie bali się eksperymentów, obok tradycyjnych instrumentów pojawia się elektronika, a jeden z ich przebojów Somewhere In Virginia In Rain pojawia się na płycie w doskonałej wersji disco, mnie kojarzącej się nawet z niektórymi dokonaniami Bowiego. Momentami zdaje mi się,
że w Nashville wylądowali White Noise. Country z innego wymiaru - nie da się ukryć. Niemniej nie w tak jednoznaczny i purystyczny sposób jak na recenzowanej obok płycie Country Moog, gdzie zestawione jest typowe country
z nietypowym instrumentem. Niektóre utwory są bliższe psychodelicznego popu, inne to typowe country w których pojawiają się jakieś dźwięki konkretne, na koniec dostajemy porcję czegoś, co można by było określić jako spoken words. Dziwne.
Mirt M|I 1.09