eśli nie lękacie się duchów, upiorów, nieboszczyków, wilkołaków czy zombie, i nie boicie się zajrzeć głęboko w oczy śmierci i nie czujecie trwogi przed tym, w co możecie zamienić się po dokonaniu żywota, to ta płyta jest zdecydowanie dla was.
Za projektem Dead Man's Bones ukrywa się dwóch muzyków: wychowany w Rochester, w stanie Nowy Jork, Zach Shields oraz pochodzący z Kanady Ryan Gosling, aktor raz nawet nominowany do Oscara. Spotkali się w 2005 roku, kiedy umawiali się w tym samym czasie z dwoma siostrami. Gdy szybko odkryli, iż zafascynowani są duchami, upiorami i nnymi monstrami, postanowili stworzyć sceniczny spektakl o miłości w tych niesamowitych kręgach. Powiedzmy, że coś między Timem Burtonem a „Murder Ballads” Nicka Cave'a. Spektakl nie wypalił, bo koszty związane z jego wystawieniem grubo przekraczały możliwości finansowe obu niedoszłych dramaturgów. W to miejsce pojawił się projekt stworzenia czegoś na kształt muzycznego albumu koncepcyjnego. A że obaj mlodzieńcy nie mieli pojęcia o muzyce, z pełną determinacją, w ekspresowym tempie, zajęli się nauką gry na różnych instrumentach i przyswajaniu całej historii muzyki rozrywkowej ostatnich 50 lat. Dołączył do nich, jako producent i instrumentalista, Tim Anderson z Imarobot i cała trójka założyła własną firmę Werewolf Heart Records. A to po to, żeby nikt nie kwestionował ich dosyć surowego reżimu produkcyjnego, przypominającego nieco metodę przyjętą przez filmowców z Dogme 95. Do nagrań swego pierwszego albumu Dead Man's Bones pozyskali dziecięcy chór z The Silverlake Conservatory Of Music z Los Angeles. I tak powstała jedna z najbardziej niesamowitych płyt ostatnich lat: w całości poświęcona wspomnianej już tematyce, a jednak bynajmniej nie gotycka, bo muzycznie bardziej kojarząca się z erudycyjnym eklektyzmem Beirut, Joe Henry'ego czy Sufjana Stevensa.
To praktycznie album nagrany na żywo, stosunkowo tanim kosztem, ale na tym polega jego wywołujący dreszcze urok i....... more