Po obiecującej EP-ce "This Desert", duet z Brooklynu prezentuje swój debiutancki album, który powinien zachwycić nawet najbardziej wybrednych koneserów szeroko pojętego synth popu. Cokolwiek dziwna i tajemnicza nazwa duetu, stworzonego przez Jasona Friedmana (gitara, beaty) i Eleanore Everdell (śpiew, analogowe syntezatory) wywodzi się z powiedzenia Indian ze szczepu Lakota, ukutego po zwycięskiej bitwie pod Fetterman w stanie Wyoming w 1866 r., gdy pod wodzą Szalonego Konia pokonali oni oddział kawalerii amerykańskiej i zabili setkę żołnierzy. W tym nowym, muzycznym kontekście The Hundred In The Hands budzi jednak o wiele bardziej pozytywne odczucia. No bo jak nie zachwycić się pełnymi wręcz galijskiej elegancji melodiami, zmysłowym, nieco kojarzącym się z Debbie Harry głosem Eleonore i kunsztownymi aranżacjami, w których z organiczną naturalnością i niewymuszoną lekkością mieszają się elementy disco spod znaku Giorgio Morodera, nowofalowej muzyki tanecznej końca lat 70., synth popu pierwszej połowy następnej dekady, postpunkowego rocka oraz nowszych trendów w elektronice, jakie możemy odnaleźć również w twórczości współczesnych THITH wykonawców, w rodzaju Ladytron, Cold Cave, The xx czy LoneLady. W stosunku do wcześniejszej, bardziej przebojowej EP-ki „This Desert", album silniej różnicuje repertuar, na jednym końcu spektrum oferując utwory utrzymane w poetyce dream popu („Killing It"), na drugim zaś - wysokiej próby gitarowy rock („Gold Blood"). Niezależnie od zaawansowanej dywersyfikacji stylistycznej, praktycznie każda z 11 piosenek nadaje się na singel. Być może za jakieś 20 lat debiutancki album „The Hundred In The Hands" będzie równie kultową pozycją, jak dziś płyty Red Box, Human League, White Door czy Propagandy.