Ulubieńcy Filadelfii wracają z nowym, pełnym rock'n'rollowego wigoru albumem Be The Void, będącym surowym następcą wydanej w 2010 roku ciepło przyjętej płyty Shame, Shame.
Podczas gdy na poprzednich wydawnictwach zespół szczycił się starannie przygotowanym symfonicznym popem, tym razem podłączyli gitary i stworzyli oczyszczająco rock'n'rollowy album. Zagrany brawurowo i z pasją. Po dodaniu do składu nowego perkusisty Erica Slicka oraz obsługującego także elektronikę i instrumenty perkusyjne gitarzysty Dimitria Manosa, zespół wszedł do studia Meth Beach z nowym poczuciem entuzjazmu i zaufania. Nagrywając utwory na żywo chcieli uchwycić energię i szorstkość ich obecnych koncertów. Mogliśmy z tym wyjść, bo brzmi to wspaniale - tłumaczy śpiewający basista Toby Leaman. To nie było coś, nad czym zastanawialiśmy się bez końca. Zrobiliśmy to instynktownie. Gitarzysta i wokalista Scott McMicken dodaje: To był powrót do tego jak zaczynaliśmy, gdy byliśmy nieustraszonymi szajbusami grającymi w piwnicy. Pewni siebie, lekkomyślni i odważni. To było naprawdę wyzwalające. Piosenki na Be The Void bezbłędnie łączą zamiłowanie Dr. Dog do śmiałych i bogatych aranżacji ze znacznie uboższym pierwotnym brzmieniem. Rytmy są mocniejsze, a gitary - przesterowane, o ciepłej barwie - głośniejsze i ostrzejsze. Gitary przestały być dla nas problemem i zaczęły być bardzo ekscytujące - przyznaje McMicken. Od szalonego, wymyślonego na nowo bluesa rozpoczynającego album, do ostrych gitar w Vampire, gorączkowo rozpędzonego punka Over Here Over There i pięknie przesterowanego rocka w Warrior Man, Be The Void jest znakomitą rock'n'rollową płytą zespołu o wyrazistym brzmieniu, którego czas właśnie nadchodzi.