Wygląda na to, że niegdysiejszy absolwent szkoły artystycznej z San Francisco - któremu zupełnie wystarczało granie i śpiewanie dla przyjaciół w domowych i klubowych okolicznościach, na Zachodnim Wybrzeżu, a potem w nowojorskiej Greenwich Village - na serio zaczął robić karierę nagraniową. To już trzeci album nagrany w ciągu trzech lat pod opieką swego odkrywcy i opiekuna - Michaela Giry, niegdyś lidera avant-rockowych Swans, dziś szefa formacji Angels Of Light. Devendra Banhart jest już dziś zaliczany do nurtu zwanego psychodelicznym folkiem, lub, w skrócie, psych-folkiem, wskazuje się na jego powinowactwo artystyczne z Billem Callahanem (Smog), Bonnie "Prince'em" Billy'm czy Markiem Linkousem (Sparklehorse), ale te porównania są nieco naciągane i dla wszystkich stron krzywdzące. Banhart jest po prostu wykonawcą jedynym w swoim rodzaju, w niepowtarzalny sposób łączącym tradycyjne, archaiczne style muzyki amerykańskiej (folk, blues, hillbilly) z piosenką autorską i poetycką, bo w końcu przecież o śpiewanie poezji tu chodzi. Minimalizm jego wersów doskonale komponuje się z wyrafinowaną prostotą muzyki - reszty dopełnia głos wokalisty i specyficzny, refleksyjno-melancholijny klimat nagrań. "Nino Rojo" jest po części kontynuacją poprzedniego albumu, "Rejoicing In The Hands", co samo w sobie jest już dobrą nowiną, ale też próbą wyjścia poza stylistyczny format wcześniejszych nagrań. Takie w każdym razie można odnieść wrażenie, gdy słucha się utworów w rodzaju "Horse Headed Flesh Wizard", który budzi skojarzenia ze słynnym "El Condor Pasa", "We All Know", którego temat wydaje się echem "His Latest Flame" Presleya, czy "Be Kind" i "Owl Eyes", gdzie dość wyraźnie zaznacza się pokusa spróbowania swych sił na terytorium muzyki pop. Banhart się zmienia, a jednocześnie pozostaje dokładnie taki, jakim polubili go wszyscy ci, którzy zachwycili się jego wcześniejszymi płytami. Brzmi to jak sprzeczność, ale cała jego kariera i twórczość polega na mistrzowskim godzeniu różnych sprz....... more