Bartek Chaciński (polifonia.blog.polityka.pl):
"(...) Cline nie potrafi się sprzedać, nagrywa utwory o ogromnym rozrzucie stylistycznym, rozpoczyna płytę w stylu Billa Frisella, dopiero w okolicach finału rozkręcając całą swoją kompanię do cudownego, rockowego, ale abstrakcyjnego grania z mnóstwem perfekcyjnie wykorzystywanych efektów oraz równowagą pomiędzy solówkami i gitarowymi tematami. Po drodze przechodzi jeszcze przez matematyczną stylistykę Roberta Frippa i jego King Crimson (przy okazji: jest kolejny skład, numer VII) oraz nieprzewidywalną, romantyczną grę sprzężeń w stylu Marca Ribota (...) Wróćmy do tej ciszy. Mówiąc wprost – jest to pół genialnej płyty. Rejony “Seven Zed Heaven” doprowadzą do orgazmu miłośników repetytywnych, hipnotyzujących form z okolic Sonic Youth czy post-rocka. Sola docenią przede wszystkim gitarzyści, nie wiem, czy jest tu takie, które słuchacze chcieliby wstawiać na listy ulubionych solówek. Cline znakomicie wykorzystuje zespół, który ma do dyspozycji – miękko grający bas Trevora Dunna i rozbudowaną, gęsto pracującą sekcję perkusyjną, Scotta Amendolę i znanego ze świty Zorna Cyro Baptistę."