Info dystrybutora:
Porównywany do Toma Waitsa, Daniela Johnstona, Vica Chesnutta i… The Residents, Danny Cohen jest jednym z tych muzycznych ekscentryków, jakich w USA znaleźć można tylko w Los Angeles. To niewiarygodne, że facet, który w 1961 roku był frontmanem pierwszego amerykańskiego punkrockowego zespołu The Charleston Grotto – mającego zakaz występowania w klubach na terenie całego miasta – w tak późnym wieku zaczął nagrywać płyty. Pierwsza bowiem, “Dannyland”, z całkowicie nowym (niearchiwalnym) materiałem ukazała się dopiero w 2004 roku. “Shade Of Dorian Grey” ze swą odmianą upiornego, amerykańskiego gotyckiego rocka (no, czegoś w rodzaju rocka) jest ledwie trzecią w jego dyskografii.
Cohen (nic wspólnego z Leonardem) czerpie z jazzu, gospel, bluesa, country, muzyki knajpianej i wesołomiasteczkowej, a bywa że Czajkowskiego, Bacha czy Kurta Weilla, z niezwykłą starannością nakładając dźwięki, tak jak malarz kolejne warstwy farby. “Shade Of Dorian Grey” – odwołujący się w tytule do najsłynniejszej powieści Oscara Wilde’a – to imponująca bogactwem dźwięków i mrocznych klimatów, niezwykła podróż po bardzo nieapetycznych zakamarkach ludzkiej duszy, w towarzystwie bohaterów, jacy zwykle zaludniają powieści zaliczane do gatunku southern gothic. Mnóstwo jest tu śmierci, niesamowitości, szaleństwa, zwichrowanych życiorysów. Nastrój całego albumu narzuca już otwierający go “Prayer In the Black And White” nawiązujący do poetyki nowoorleańskich marszów pogrzebowych. A potem jest już tylko czarniej, dość odwołać się do takich tytułów, jak “Death Waltz” (“Walc śmierci”), “Rigormortis (On The Ridge)” czy “Beneath The Shroud” (“Pod całunem”). Uczta dla tych, którzy mają odwagę pójść na strych i zobaczyć, jak wygląda po latach prawdziwa, stara i odrażająca twarz Doriana Greya.