Info dystrybutora:
Xavier Rudd - Australijczyk osiadły w Kanadzie, wokalista, autor, multiinstrumentalista i… zapalony surfer - to jeden z tych oryginałów, którzy na takim rynku jak polski, zmajoryzowanym przez duże wytwórnie płytowe, pojawia się nagle niczym niespodziewany gość z zupełnie innej galaktyki. Jak choćby Devendra Banhard, by przywołać pierwszy z brzegu przykład z ostatnich lat. I zachwyca swą muzyką. Najpierw słuchacz zadaje sobie pytanie, co ten facet gra, a za chwilę, nim się obejrzy, jest już tym zainfekowany.
Bo tak naprawdę, to co Rudd gra, to jakby cała tradycja ludowej muzyki w ampułce. Owszem, blues, country i folk, ale podany w jakże bardzo osobistej interpretacji. Coś z Woody’ego Guthriego czy Hanka Williamsa, ale także z Sonny’ego Boya Williamsona czy Brownie’ego McGhee. Tu i ówdzie jakby coś indyjskiego, no i oczywiście australijskiego, zważywszy, że w jego instrumentarium nie braknie aborygeńskiego didgeridoo. A tu nagle – jak na tej płycie, “Solace” - zakoczenie: oto bardzo niezwykła, bynajmnie nie reggae’owa interpretacja “No Woman No Cry” Boba Marleya. “Solace” to piąty album Rudda, który odniósł spory sukces w Australii i Kanadzie (już jest nowy, “Food In The Belly”, ale jeszcze chwilę, oby niedługą, przyjdzie nam na niego poczekać). Warto się, póki co, z “Solace” zapoznać, także dlatego, że w dzisiejszych czasach trudno znaleźć płytę, która niosłaby ze sobą tak absolutną afirmację życia. “Kocham tę ziemię, kocham to miejsce – mówi Rudd. – Gdziekolwiek byś nie poszedł, znajdziesz coś pięknego (…) Jestem szczęśliwy, że mogę robić to, co robię. Jestem szczęśliwym muzykiem, ponieważ tak wielu ludzi mnie wspiera i tak wielu podoba się to co robię. Myślę, że wszyscy jesteśmy szczęśliwi. O tym jest ta płyta”. |