Debiut zespołu Marca Pilley'a jest nawet siedem lat po premierze (w międzyczasie już dawno niedostępna, skandal) niegasnącym diamentem.
Dwa lata temu, kiedy Glitterhouse wydał "Notes On Sunset", zespół ponownie zyskał wielu fanów, a płyta otrzymywała rewelacyjne recenzje. Praca nad "Homesick to Nowhere" trwała dość długo i z pewnością jest najlepszą płytą, jaką wydał dotąd Pilley. Jest dziełem ponadczasowym i równie dobrze mogłaby się ukazać w 1970 roku. A gdyby ukazała się wtedy, to pewnie byłaby dzisiaj wymieniana jednym tchem obok klasyki songwriting, płyt Tima Hardina, Nicka Drake'a czy debiutu Billa Faya.
Marc Pilley pisze piosenki zachwycają pięknem i dojrzałością, zaskakują wyrafinowaną aranżacją.
Dziennikarze muzyczni powiedzą, że Hobotalk "używa estetyki klasycznego sonwritingu łącząc ją z alternative country i folkiem"... I będą mieli rację, choć takie stwierdzenia to tylko bardzo ogólne i niepełne oceny. Hobotalk zbudował pewien własny rodzaj songwritingu, piosenek urzekających, pozornie prostych, naprawdę zaś wyszlifowanych do maksimum.