Ukraiński enfant terrible, Eugene Hütz, lider formacji Gogol Bordello, wraz z albumem nasyconym wielkim brzmieniem, aluzjami do wczesnego rock'n'rolla, soulu, soundtracków Bonda, muzyki cygańskiej i rocka, plasuje się w czołówce najbardziej oryginalnych muzyków XXI w.
„Super Taranta!" to album wysokiej klasy. Zauważalny jest natychmiast pewien orkiestrowy, lecz nie uwłaczający antykomercyjnej tożsamości Hütza rozmach, bardziej klarowne brzmienie i wybitna poprawa czytelności tekstów. To znak, że Gogol Bordello wychodzi zasłużenie z garażu do szerokiej publiczności. To daleka droga, jaką lider zespołu przebył od czasu, gdy - po osiedleniu się w Nowym Jorku w 1993 r. - przygrywał na weselach do kotleta swym nowojorskim krajanom. Nie da się też ukryć, że „Super Taranta!" ma bardziej ciemny koloryt niż choćby wcześniejszy „Gypsy Punks" - tak jakby Hütz chciał na nim zawrzeć swoje stare przeżycia i resentymenty jako outsider - w Europie i USA („Forces Of Victory" czy nasycony oparami wódki, lekko romansowy „Alcohol"). I chyba zestawienie tych dwóch tytułów nadaje rangę płycie, jako dokumentowi ukraińskiej diaspory. Jest tu zarówno wdzięczność wobec nowej ojczyzny, jak i wypłukiwana w kielichu nostalgia za starą. A, pomijając wszystko inne, to - tak jak dawniej bywało - wciąż jest to fascynującą fuzja rocka i muzyki cygańskiej, z uderzającymi w pierś wtrętami (dub, prog-rock, reggae, flamenco). Ale chyba najważniejsze jest to, że wciąż jest skocznie, żywiołowo, witalnie - i radośnie, mimo nutki nostalgii.