Branford Marsalis to muzyk, o którym nie można dyskutować. Nie można się spierać o jego wkład w muzykę jazzową i umiejętności kompozytorskie z tej prostej przyczyny, że nie ma na ten temat dwóch różnych zdań. Nie ma spierających się obozów zwolenników i tych, którzy w jego geniusz wątpią. Dlaczego? Ci drudzy po prostu nie istnieją! Można, nie narażając się na kompromitację stwierdzić, że muzyka Marsalisa jest zbyt trudna, hermetyczna, że się jej nie rozumie, ale nikt nie może nigdy stwierdzić, że jest słaba. Wtedy ośmieszyłby sam siebie. Branford Marsalis to muzyk, który jak niewielu zrozumiał i rozwinął istotę jazzu. Tego jazzu w najbardziej klasycznej formule, radykalnego, artystycznego i nie idącego na kompromisy.
Jest to niewątpliwie kapitał jaki młody Branford wyniósł ze szkoły jaką było granie u boku jazzowego guru, perkusisty Arta Blakeya i jego Jazz Messangers na początku lat osiemdziesiątych. Z nim Marsalis nagrał swój pierwszy album. Dwa kolejne to płyty o rok młodszego brata Wyntona Marsalisa, trębacza i wielkiego piewcy jazzowego konserwatyzmu. Branford chciał się jednak uniezależnić, tym bardziej, że nie podzielał radykalnych poglądów brata. Pierwszy krok zrobił nagrywając w roku 1984 album „Scenes In The City”. Potem już było „z górki”…
Od niemal dekady towarzyszą mu muzycy, dzięki którym kolejne albumy stają się natychmiast klasyką. Rewelacyjny perkusista Jeff „Tain” Watts, charyzmatyczny pianista Joey Calderazzo (chyba jedyny muzyk, który mógł zastąpić zmarłego Kenny Kirklanda) i grający na basie Eric Revis. Z nimi nagrał takie albumy jak „Contemporary Jazz” (nagrodzony Garmmy w roku 2000), „Footsteps Of Our Fathers” czy wydanym trzy lata temu „Braggtown”.
„Metamorphosen” to po niemiecku metamorfozy. Skąd taki tytuł? To oczywista metafora tego, co dzieje się w muzyce Branforda i w jego zespole. W każdym z muzyków ....... more