Po doskonale przyjętym albumie „Yellow House" (2006) i prestiżowych trasach z Radiohead, TV On The Radio czy Feist, grupa Grizzly Bear wraca na scenę z nowym albumem, urzekającym, jak zawsze, swym nieziemskim pięknem, ale też dojrzalszym i muzycznie doskonalszym.
„Veckatimest" (indiańska nazwa pożyczona od maleńkiej, bezludnej wysepki położonej nieopodal Cape Cod) to jakby właśnie egzamin dojrzałości zespołu stworzonego pierwotnie jako jednorazowy projekt przez pochodzącego z Bostonu wokalistę Eda Droste'a i perkusistę Christophera Beara. Projekt okazał się tak udany, że obaj przyjaciele postanowili nie rozstawać się z nim przedwcześnie. I słusznie, bowiem Grizzly Bear niemal przebojem wpisał się - po opublikowaniu debiutanckiego „Horn Of Plenty" (2004) - do elity indie-rocka, tej spod znaku Animal Collective, Sufjana Stevensa czy Band Of Horses. Akustyczne i półakustyczne brzmienia, kunsztowne harmonie wokalne i lekko oniryczny liryzm przywołują erę psychodelicznego rocka lat 60. (Beach Boys, The Beatles), ale mocno przefiltrowanego przez bardziej nam współczesne stylistyli lo-fi i nowego folku. Mimo napiętego w ostatnich latach kalendarza, Droste'owi, Bearowi, grającemu na instrumentach dętych i basie Chrisowi Taylorowi (także producentowi płyty) oraz wokaliście i gitarzyście Danielowi Rossenowi (równolegle członkowi zespołu Department Of Eagles) udało się jednak wreszcie ukończyć trzeci album , którego zarys powstał w domu babci lidera na Cape Cod, a który ostateczny szlif uzyskał w nowojorskim kościele, co być może wpłynęło na zaznaczenie się w muzyce wyczuwalnego elementu pewnej duchowości. Tak czy inaczej, efekt jest olśniewający. Niby wszystko jest po staremu, podobne jak dawniej słodko-gorzkie klimaty, stonowane emocje i pastelowa kolorystyka, ale daje się też zauważyć śmielsze sięganie do innych konwencji i poetyk muzycznych. „Dory" na przykład wydaje się być lekko inspirowany operą, kilka zaś....... more