Henson Cargill ze zdjęcia na przedzie okładki trochę mi się kojarzy z typem piosenkarzy z lat ‘60. w połyskujących garniturach. Z pewnością pamiętacie It’s Christmas in Heaven z Sensu życia według Monthy Pythona. Bardziej typ szansonisty, niż twardego kowboja. Chociaż na zdjęciu z tyłu wygląda już jak twardziel z CIA ze szpiegowskich filmów. Pierwsze wrażenie minęło jednak kiedy włożyłem płytę do odtwarzacza. Cargill potrafi być twardy, ale raczej niczym Clint Eastwood w Dobrym, Złym
i Brzydkim, w bardziej idealistyczny sposób. Mimo, iż czasami się rozluźnia, nieraz jest wręcz melancholijny, to jednak przede wszystkim zdaje się niewzruszony, cedząc kolejne słowa tekstu. Tekstu, który szybko staje się istotny, bo Cargill były farmer i szeryf - nie jest bynajmniej typem zakapiora z Teksasu po cichu sympatyzującego z Kuk Klux Klanem. Wręcz przeciwnie: ostrze jego słów jest skierowane w stronę rasizmu i zobojętnienia, które obserwuje dookoła. W tym momencie bliżej mu do walczących naturszczyków pokroju Malviny Reynolds, niż wspomnianych na początku lukrowanych piosenkarzy. Chociaż, jak głosi zamieszczona we wkładce notka, typowy słuchacz Cargilla w latach '70. często opacznie rozumiał przewrotny tekst piosenki None of My Bussiness, piętnującej społeczne znieczulenie.
Dodatkowym plusem płyty są aranżacje i instrumentarium bliższe muzyki filmowej z tamtych lat, niż straszące countrowym leap steel guitar i fidelem. Bardziej stonowane niż nagrania Hugo Montenegro, ale operujące podobnymi chórkami, brzmieniem elektrycznej gitary.
Naprawdę doskonała płyta, jak głosi naklejka na okładce - zen country pop. Nic dodać, nic ująć. Mirt M|I 1.09