info dystrybutora:
Najbardziej oczekiwany rockowy debiut od czasu Franza Ferdinanda!!
Lubią czarno-białe zdjęcia, stylowe prochowce i krótkie tytuły. Oglądają sporo starych filmów. Słuchają nowofalowych winyli. Są spoza Londynu, - ze Stroud, Nottingham, Ipswitch czyli mitycznej pustki Midlands. Obecnie mieszkają w Birmingham – gdzie podobno „wszyscy liczą na to, że wreszcie ktoś wymaże pamięć o Ub40 i Slade”. W Anglii to kulturalna pustynia, deszcz pada tam rzadziej niż w stolicy. Mówiło się o nich z ekscytacją „ten nowy zespół” na długo zanim wspomniano o nich w NME. Nazywają się Editors. Bez „the”. EDITORS
Gdy czarno-biały clip do „Munich” trafił na playliste MTV2, mieli już za sobą pierwsze koncerty, m.in. z Bloc Party. Po tym jak „Munich” wybrano singlem tygodnia na BBC1, a także w Radio 6 i XFM bilety na ich londyńskie występy za każdym razem wyprzedawano w mgnieniu oka. O Editors zaczęto mówić. Najczęściej powtarzanym słowne było: „intensywne”.
Zaczęto tez o nich pisać – także w prasie wysokonakładowej. „Munich” trafił do TOP 20 UK Charts. Zagrali na Reading, Glastonbury, At The Park – podobno za każdym razem genialnie.
Mówią o sobie „rock’n roll doesn’t really follow us around”. Nie lubią dekadenckiej mydlanej opery w stylu The Libertines, aroganckiej pozy Oasis, cyrkowych grepsów The Darkness. To nie ich bajka. Wolą mroczny liryzm Scotta Walkera, Joy Division, Echo And the Bunnymen, Pulp, Interpol. Pełen melancholii elegancki baryton Roba Smitha to kontynuacja tej tradycji.
Być może w sedno trafił jeden z dziennikarzy pisząc o nich : „wyobraźcie sobie gdyby Humprey Bogart liderował the Banshees”
Nieprzypadkowo wybrali tytuł swej debiutanckiej płyty: „The Back Room” zwiastuje tajemnicę, intymny spektakl w półmroku. Muzycy nagrali album dla małej niezależne....... more