Debiut tria z Brighton z najlepszą brytyjską wokalistką od czasów Siouxsie Sioux i Elizabeth Frazer jest być może tym momentem, w którym rozpoczyna się nowa dekada XXI w.
Esben And The Witch, którzy swą nazwę zaczerpnęli od tytułu duńskiej bajki, bardzo podobnej do „Jasia i Małgosi” braci Grimm, brawurowo czerpią inspirację z wcale jeszcze nie tak do końca skompromitowanego gotyckiego rocka, z albumów Siouxsie And The Banshees i The Cure z okresu „Pornography”. Jednak ich muzyka to nie zwykła w dzisiejszych czasach nostalgia i imitacja, lecz propozycja ogromnie oryginalna, którą można śmiało postawić obok pierwszej, wysoko ocenionej i doskonale przyjętej pierwszej płyty The XX. Zresztą w obu przypadkach producentem jest wschodząca gwiazda w swym fachu, Rodaindh McDonald.
Mroczne, klimatyczne, przesycone gitarowym i elektronicznym brzmieniem utwory w rodzaju „Marching Song”, „Chorea” czy „Warpaith”, które chwilami przywołują na myśl także Scotta Walkera, dosłownie porażają intensywnością wpisanych w nie nastrojów i emocji. Ale najbardziej doskonałym instrumentem jest tu niezwykły głos wokalistki Rachel Davies, który poprzez wielość nakładek uzyskuje ów „instrumentalny”, czy raczej kantatowy efekt nieco podobnie, jak Elizabeth Frazer z Cocteau Twins. Od albumu „Violet Cries” trudno się uwolnić, nawet wiele godzin po wybrzmieniu ostatniego utworu.