Otwierał koncerty Florence And The Machine i Editors, teraz wreszcie wydaje debiutancką płytę. Kto taki? Max McElligott, odpowiadający za stworzenie projektu o nazwie Wolf Gang. Max jest zakochany w ambitnym i eksperymentalnym popie, rocku niezależnym oraz w jego bombastycznej, symfonicznej odmianie. U niego brudne, garażowe dźwięki i piękne orkiestracje z powodzeniem zamieszkują obok siebie i wzajemnie sobie nie przeszkadzają. Inspiracje mieszają się z elegancją i są bardzo zróżnicowane. Bo Max z racji pracy ojca, musiał od małego podróżować po świecie, ze szczególnym uwzględnieniem Ameryki Północnej. Sporo czasu spędził w Szkocji, gdzie zafascynował się tamtejszym folkiem. Na samej fascynacji się nie skończyło. Max grał tam w jednym z zespołów i nosił kilt! Mama artysty jako skrzypaczka miała zamiłowanie do muzyki klasycznej, więc często zabierała go na koncerty do filharmonii. Z kolei na własną rękę McElligott zgłębiał tajniki muzyki rockowej, jazzu, afrykańskiej muzyki etnicznej i uczył się gry na kilku instrumentach. Tak zrodził się styl, który Max zaprezentował na debiucie pod szyldem Wolf Gang. Do produkcji wybrał renomowanego Amerykanina Dave'a Fridmanna (m.in. Weezer, MGMT, Flaming Lips). Część prac odbyła się w Tarbox Studios w Nowym Jorku. Brytyjscy recenzenci porównują Maxa do Davida Bowiego, Eltona Johna i Davida Byrne'a, ale też Arcade Fire i Grizzly Bear. Niech to wystarczy za rekomendację albumu.