Szorstko-piękna americana... Drugi album amerykańskiej wokalistki, z debiutanckim albumem dodanym jako bonus-CD..., Glitterhouse postąpił absolutnie niemarketingowo: pozwolił fanom zaoszczędzić, bo zapewne Ci, którzy lubią amerykańskie folkowe i post-countrowe granie, po zakupie drugiej płyty natychmiast chcieliby mieć pierwszą, a tu proszę bardzo: za cenę jednej mamy obie i to z oboma okładkami...
"Jak Twin Peaks z południa", czy też "jakby Brian Eno grał Patsy Cline" lub "jakby Lydia Lunch śpiewała country głosem Billie Holidaya" - to tylko niektóre porównawcze reakcje amerykańskiej prasy muzycznej na Leslie Woods i jej zespół Dark Mountain Orchid. Rzeczywiście, ta wokalistka rodem z Knoxville, w stanie Tennessee, łączy ciemne strony americany i alternative-country z energią rock'n'rolla, wściekłością punk rocka i elegancką jazzową maestrią Angelo Badalemnti i czyni z tego zapierającą dech w piersiach miksturę. Znajdą tutaj wiele dla siebie zarówno fani Lambchopa jak i Toma Waitsa czy Nicka Cave'a i z pewnością się nie zawiodą...
"Gotyk z appalachów" - tak ktoś nazwał jej muzykę. Podczas gdy na pierwszym planie mamy wciąż jej niecodzienny głos, w tle zespół zdaje się cytować bogatą muzyczną historię południowych stanów (Bluegrass & Country, Rock(abilly), Cajun & Zydeco), tworząc przy tym niepowtarzalny nastrój tego pięknego albumu.