Ta nazwa wystarczy za rekomendację albumu. Lynyrd Skynyrd to nie tylko legenda southern rocka, prekursorzy tego gatunku. To zespół, który pomimo licznych tragedii trwa na scenie już blisko pół wieku, nic nie tracąc na swojej jakości. Faktycznie, zgodnie z tytułem prezentowanego krążka, jest jednym z ostatnich takich artystów. Od pierwszego przesłuchania krążka rzuca się w uszy przede wszystkim jedno - to bardziej wesoły, optymistyczny materiał, pozbawiony tylu politycznych konotacji, co poprzednik. A Lynyrd Skynyrd grają niczym brykające młodzieniaszki, nie zaś zespół, któremu w 2014 roku stuknie 50 lat od założenia w Jacksonville na Florydzie. Te odległe początki pamięta w grupie tylko Gary Rossington. Gitarzysta zdecydowanie zgadza się z interpretacją nowego albumu, wskazującą na jego większą radość, zabawę, a mniej polityki. Z Lynyrd Skynyrd po raz pierwszy nagrywał nowy basista, Johnny Colt, który wcześniej sprawdził się w Black Crowes. Nowi muzycy to także gitarzysta Mark "Sparky" Matejka oraz klawiszowiec Peter Keys. Doskonale sprawdzili się w mocnej, gitarowej southernrockowej konwencji. O wiele mocniejszej niż na "God & Guns". Oczywiście z charakterystycznymi dla Lynyrd Skynyrd harmoniami trzech gitar. W komponowaniu piosenek muzyków Lynyrd Skynyrd wspomogło kilku sprawdzonych przyjaciół, w tych choćby John 5 (obecnie Rob Zombie, kiedyś Marilyn Manson), Shaun Morgan (Seether), Chris Robertson i Jon Lawhon (Black Stone Cherry).