Historia Danger In The Club, drugiej płyty Palma Violets, zaczęła się dość niefortunnie. Wszystko zaczęło się na farmie Pembrokeshire w Walii.
Było gorące lato 2013 i muzycy byli w trasie od 2012 roku. Marudni, znudzeni i poirytowani. Drażniło ich wszystko, nawet sami siebie nawzajem. Wbrew intuicji, po typowo rozbrykanym występie na Reading Festival, zażądali od tour managera by zawiózł ich do stodoły „gdzieś pośrodku niczego”. Pojechali tam z zamiarem uporania się ze swoimi problemami, które mogły doprowadzić do dwóch rozwiązań: a) wzajemnego pozabijania się; b) w jakiś sposób poprzestawiania wszystkiego w zespole i polubienia się na nowo. Wszystko wisiało na włosku – przyznaje dziś basista Chilli Jesson. Musieliśmy się z tym zmierzyć i nauczyć się być ponownie zespołem. Musieliśmy się nauczyć być razem – dodaje wokalista Sam Fryer. Nie wiem co by się stało, gdyby każdy z nas poszedł swoją drogą.
W tej gorączkowej atmosferze konfrontacji, stopniowo zaczęli wracać do muzyki. Od tarć zaczęły pojawiać się okazjonalne iskry, które stały się punktem zapalnym płyty Danger In The Club. Pomocna okazała się konceptualna wizja płyty, na którą wszyscy się zgodzili. Wiedzieli, że chcą uniknąć typowych rozwiązań dla drugiego albumu. Zrozumieli, że najważniejsze dla tej płyty będzie zachowanie prostoty, bezpośredniości i młodego ducha. Muzyka, której wtedy słuchali – Dr Feelgood, Brinsley Schwarz, Graham Parker – podsycana ich tradycyjnymi fascynacjami muzyką The Gun Club, Cramps czy Nicka Cave'a, rozbudziła ich apetyt na stworzenie czegoś prostego i ekscytującego. Wiedzieliśmy, że chcemy nagrać młodzieńczo-brzmiącą płytę – mówi Jesson. Tworząc ten album słuchaliśmy dużo muzyki przedpunkowej. Wszystkim nam podobała się surowość i prostota. Wiele zespołów pragnie nadmiernie skomplikować swoje drugie płyty, ale my wiedzieliśmy, że nie chcemy iść tą drogą. Nie chodzi o to, żeby nie było żadneg....... more