Czy tak brzmiałoby Joy Division dzisiaj, gdyby Ian Curtis wciąż żył? W międzyczasie (40 lat) pewnie słuchałby także bluesa, szczególnie takiego nieoczywistego, zabrudzonego i pozbawionego claptonowsko-dżemowej otoczki, elektroniki najbardziej poszukującej, awangardy, techno i mrocznego songwritingu. Chyba.
Ani John ani Mateusz nie są artystami bluesowymi, niekoniecznie mogą być zakwalifikowani do sceny stricte elektronicznej, właściwie to nie można ich raczej zaszufladkować, zdefiniować i zakmnąć w jednym określeniu. Z ich wspólnej płyty wyłania się szczególnie trudne chyba zadanie dla dziennikarzy i recenzentów, ale bardzo przyjazne dla słuchaczy, którzy nie muszą niczego nazywać, określać, definiować, systematyzować.
Legenda głosi, że John Donatowicz i Mateusz Rosiński poznali się 10 grudnia 2011 roku w nieistniejącym już klubie Zielona Jadłodajnia w Zielonej Górze. Zieloną Jadłodajnię przez kilka lat z pasją do jedzenia i muzyki prowadzili Ciocia Roma i Wujek Gusstaff. To właśnie wtedy, po solowym występie The Human Elephant, podczas wspólnych rozmów o muzyce padła propozycja wspólnego djowania i poznania się bliżej. Można powiedzieć, że pierwszy wspólny utwór Elephant Dials powstał również w 2011 roku, nigdy jednak nie został skończony, a następnie umarł wraz z dyskiem komputera. Niedługo potem Rosiński wyjechał do Gorzowa, gdzie otworzył wydawnictwo Dym oraz klub Sejf wspólnie z Fabianem Błauciakiem, a John wciąż mieszkał w berlińskim Neukölln. Od czasu do czasu, panowie grali wspólne dj sety to w Berlinie, to w Gorzowie czy Zielonej Górze, wciąż rozprawiając o wspólnej muzyce. W 2017 roku zmęczony Berlinem i głodny Polski (sic!) John osiedlił się w Gorzowie, w końcu ma polskie korzenie. W pandemiczne lato 2020, Rosiński i Donatatwicz zarejestrowali ścieżki na płytę w gorzowskim Sejfie, dawnej łaźni miejskiej. Na nastrój muzyki niewątpliwie wpłynął charakter poniemieckiego miasta, które jest tak piękne, że nie przeszkadza nawet jego brzydota, a w ....... more