Ósmy album solowego projektu Dana Bejara z Vancouver, który na świecie jest najbardziej znany jako współlider (wraz z Carlem Newmanem z Zumpano) kanadyjskiej supergrupy New Pornographers.
Bejar stoi na czele Destroyera już od trzynastu lat i, choć ta jego formacja o zmieniającym się z płyty na płytę składzie, nagrała sporo znakomitej muzyki, jakoś wciąż pozostaje ona w cieniu sukcesów, jakie jej lider odniósł z New Pornographers. Bardzo to niesprawiedliwe, bo choć Destroyer z niejednego pieca jadał - tego należącego do Davida Bowiego nie wyłączając (tu mamy nieco Bowiego w „Shooting Rockets"), zawsze firmował muzykę intrygującą, niekonwencjonalną melodycznie, oryginalnie przetwarzającą tak amerykańską muzykę folkową, jak i glam rock czy poetycką balladę. Inna sprawa, że dla mniej wprawnego ucha twórczość Bejara, zwłaszcza w zakresie tekstów, może się wydać nieco za abstrakcyjna i ekscentryczna. Nie zmienia to jednak faktu, że każde spotkanie z płytą Destroyera jest frapującą przygodą muzyczną, potwierdzającą, iz lider zespołu jest jednym z ciekawszych twórców na współczesnej scenie indie-rockowej. I tu jest dobra wiadomość dla wszystkich, którym spodobał się poprzedni album, „Destroyer's Rubies" z 2006 roku. Wbrew swym przyzwyczjeniom Bejar zatrzymał do nagrywania „Trouble In Dreams" prawie nie zmieniony skład. I chyba dobrze zrobił, bo Destroyer jako bardziej stabilna grupa, wsparta na dodatek miejscami smyczkami, sekcją dętą i chórkami, brzmi znakomicie, no i jakby bardziej przyjaźnie dla owego wspomnianego wcześniej niewprawnego ucha. Niewykluczone, że dzięki niej Destroyer wreszcie wyjdzie z cienia rzucanego przez New Pornographers.