Info dystrybutora:
Album „Life And Times" potwierdza, że płyta Boba Moulda sprzed roku, „District Line", była nie tylko kaprysem, ale zwiastunem powrotu do wysokiej formy jednego z pionierów melodyjnego hard-core'u, lidera nieodżałowanej grupy Hüsker Dü.
Dziwne były losy Moulda po upadku Hüsker Dü w 1988 roku, który to zespół rozsadziły narkotyki. Mould nagrał dwa doskonałe albumy solowe, potem powołał do życia formację Sugar (znakomitą, warto sięgnąć po płyty), a potem... abdykował, by po dłuższym urlopie poeksperymentować z dance'em i temu podobnymi, bynajmniej nierockowymi gatunkami (o czym można zapomnieć). „District Line" był synonimem wzięcia się w garść i powrotu do poważnego, rockowego grania. To była płyta dobra i obiecująca, ale dopiero „Life And Times" dowodzi klasy byłego frontmana Hüsker Dü, który wywarł wpływ na wszystkich, którzy liczyli się na indie-rockowej scenie od późnych lat 80. po koniec lat 90. - od Pixies, przez cały nirvanowski grunge, po Lemonheads czy Pavement. „Life And Times" to wyrazisty powrót do źródeł, trochę nostalgiczny, refleksyjny (jak ostatnie albumy Raya Daviesa z The Kinks), ale trochę też zadziorny, wciąż przypominający, kto wynalazł hard-core i kto niemal własnoręcznie przestawił cały amerykański indie-rock na granie ciężkie, hałaśliwe, ale też wręcz na beatlesowski sposób melodyjne. Na nowym albumie Moulda dominuje repertuar balladowy - najprzedniejszej próby. Dość wymienić utrzymane w średnich tempach utwory w rodzaju klaustrofobicznego „Life And Times", bardziej przestrzennego „The Bread" czy iście grunge-podobnego „Wasted World". Ale są chwile, gdy Mould pokazuje swój pazur, a do nich zaliczyć można choćby lekko spowolniony, drapieżny „Mm 17" albo pure-punkową galopkę „Argos". Co jest lepsze, każdy zdecyduje dla siebie. Faktem jest, że tym razem to płyta nagrana z dawną pewnością siebie, nieodzowną w rocku arogancją i - last but not....... więcej |