Raphael Rogiński w dość krótkim czasie wyrósł na wielką osobowość polskiej sceny muzycznej. Stało się to niejako na marginesie życia kulturalnego opisywanego w mediach, omawianego w różnego rodzaju "oficjalnych instytucjach kultury".
Uważni fani jazzu znają zapewne dokonania zespołów SHOFAR i CUKUNFT, których Rogiński jest inicjatorem, zetknęli się z koncertowymi/festiwalowymi projektami Tikkun, Varshe, Mizrach, które skupiają się na nowej kulturze żydowskiej. Ci, którzy zetknęli sie z muzyką na żywo w wykonaniu Rogińskiego, zarówno tą zespołową jak i solową wychodzą z koncertów onieśmieleni jego wyobraźnią, warsztatem i konsekwencją, z jaką wciąż angażuje się w projekty niekonwencjonalne.
Dla wielu Raphael Rogiński to najciekawszy gitarzysta, jakiego wydało polskie środowisko jazzowe. Opinia ta może zaskakiwać, mieliśmy przecież i wspaniałego Marka Blizińskiego, wciąż aktywnego Jarosława Śmietanę, Marka Napiórkowskiego czy Marka Raduli. Jest też znakomity Piotr Pawlak, o którym słuch zaginął. Jednak czy będąc uczciwym możemy stwierdzić, że wymienieni muzycy stworzyli własny, oryginalny język muzyczny?
Rogiński pomimo swojego młodego jeszcze wieku zręby takiego języka stworzył.
Jego solowa płyta, na której sięga do bachowskich kompozycji, chciałoby się powiedzieć kanonicznych dla wyobraźni każdego muzyka, to bardzo osobisty, rozgrywający się w kameralnym wyciszeniu dialog z Janem Sebastianem Bachem, umożliwiający odnalezienie w jego kompozycjach artystycznego uniwersum, wydobywający prawdę głębszą, zmuszający słuchacza do myślenia i stawiania pytań.
Nie mamy tutaj z pewnością do czynienia z formą naśladownictwa lub zubożania oryginału, jaką są niewątpliwie nagrania chociażby Jacques Loussier Trio.
Z dużą dozą prawdopodobieństwa można wskazać patronów Rogińskiego, są to Derek Bailey, Elliott Sharp czy Marc Ribot. Jedak także spod ich wpływu Rogiński juz się wyzwolił.
autor: Krzysztof Szamot