W roku 2001 dotarła do nas smutna informacja o definitywnym rozpadzie niezwykłej rock'n rollowej legendy - zespołu Royal Trux. Grupa ta, balansując na granicy ironicznej gry zużytymi konwencjami rockowego buntu i autentycznej obyczajowej i artystycznej prowokacji zyskała prawdziwie kultowy status. W płaszczyźnie brzmieniowej powrót do pierwotnej zbuntowanej ekspresji, garażowego brzmienia miał być swoistym środkiem przeczyszczającym w czasach gdy rock'n rollowe wartości cynicznie wyeksploatowali spece od marketingu. Tworzący zespół Neil Hagerty i Jennifer Herrema stanowią kolejne wcielenie mitu szalonych romantycznych bohaterów - Bonnie i Clyde'a, dziwki i buntownika, mogliby stanowić pierwowzór dla bohaterów "Urodzonych morderców" Oliviera Stone'a. To jedni z ostatnich upadłych świętych rocka. W tym kontekście rozpad zespołu uznać należy za wydarzenie niezwykle znaczące.
Szczęśliwie jednak muzycy Royal Trux rozwiązanie kapeli potraktowali jako kolejną szansę rozwoju, wejście na nową ścieżke poszukiwań. Dowodem na to jest solowy album Neila Michaela Hagert' ego. Przynosi on dawkę muzyki, jak można się było spodziewać, niezwykle silnie osadzonej w rockowej tradycji - brzmienie jego gitary jest wciąż rozpoznawalne, a prostota ekspresji niepodważalnym dogmatem. Na płycie tej jest jednak znacznie więcej niespodzianek, niż oczywistości.
Royal Trux wyznając etos powrotu do korzeni związali się także z nowojorskim intelektualnym podziemiem wyrosłym z punkowo - nowofalowych tradycji. Nie zapominajmy, że Hagerty w połowie lat 80 - tych, wraz z Jonem Spencerem był współtwórcą radykalnych noise'owych wywrotowców z Pussy Gallore. Na jego solowej płycie obok archetypowych riffów znajdziemy niemal free - jazzowe improwizacje, a także niezwykłe eksperymenty rytmicznie. Hagerty, jak na wczesnych płytach RTX, eksperymentuje też z elektronika, przez co jego muzyka nabiera czasem niem....... więcej