Bruce Haack większość swojej muzyki poświęcił dzieciom. Haackula jednak nie została stworzona ku uciesze najmłodszych… Haack jest przede wszystkim zapomnianym wizjonerem muzyki elektronicznej. Nie tak dalekim od popularniejszych Silver Apples i Suicide, jednak nie mającym, tak jak wymienieni, szczęścia do późniejszych odkrywców i tworzący muzykę nieprzystającą do jakichkolwiek nurtów. Poza eksperymentami muzycznymi był też pionierem tak dziś popularnego ruchu circuit bendig. Przy nagrywaniu swych płyt, poza syntezatorami, wykorzystywał tworzone przez siebie, na bazie wszelkiej maści elektronicznych urządzeń, instrumenty. Haackula brzmi trochę jak proto disco punk, trochę jak skrzyżowanie wczesnego Tom Tom Club
z wspomnianym Suicide. Trochę jak Kraftwerk na sterydach. To jednak zdecydowanie bardziej radykalny album, bowiem gdy w tym czasie Niemcy śpiewali o Europie bez granic, Haack był znacznie bardziej sceptycznie nastawiony do otaczających go ludzi. W jego tekstach jad miesza się z ironicznym, czarnym humorem, Na pozór ciepła analogowa elektronika zdominowana przez automatyczne melodyjki i rytmy, staje się niepokojąca i mroczna, kiedy pojawia się beznamiętny przetworzony głos jak w utworze Man Kind, gorzkiej refleksji nad zadufaniem ludzi. Wznowienie, wzbogacone o dwa dodatkowe nagrania (jedno stworzone wspólnie z Russelem Simmonsem z Def Jam) pokazuje, jak niewielki krok dzieli Haacka od chociażby Mark Stewart & Maffia. Drugie z bonusowych nagrań to Ikarus, 32 minutowa suita przywodząca na myśl kolażowe eksperymenty całkiem współczesnej nam elektroniki. Te utwory z pewnością dodają płycie szerszego kontekstu. Nagrania
z niewydanej Haackuli były bazą dla późniejszej płyty Bite nagranej przez Haacka z bodajże 12-letnim wokalistą. Totalna rekomendacja, niezwykły zapomniany klejnot.
Mirt M|I 1.09