Przemysław Thiele udowadnia swoim życiem i swoją działalnością, że można dokonać takiej oto sztuki: być żywą legendą polskiego rocka, „founding memberem” tak utytułowanych i wartościowych kapel jak Kolaboranci i Zemby – być, inaczej mówiąc, jedną ze znaczących i oryginalnych postaci rodzimej muzyki – i pozostawać jednocześnie na zupełnym uboczu, i to pomimo regularnego wydawania albumów solowych, coraz zresztą lepszych i dojrzalszych.
Ostatnie jak na razie z tych dokonań, dwupłytowe "Korepetycje z moresu" wydane w 2009 roku, mogą z łatwością przypaść do gustu miłośnikom surrealistycznych piosenek Lecha Janerki; powinni posłuchać go także wszyscy pamiętający płyty Kolaborantów i Zembów. Dosyć surrealne "dziwactwa na głos, laptop i gitarę" Thielego to istotny, a raczej przegapiany kamyczek w układance pt. polska muzyka rockowa...