Muzyka Ben Zabo to oderwanie się od częstej w afrykańskiej muzyce powagi, nostalgii, refleksji i spokoju... Czas na „muzycznych wojowników“ Bena Zabo!
Na debiutanckim albumie wyżej wspomnianego, mamy doczynienia z prawdziwą petardą afro-beatu, mającą ambicje rozgrzać niejeden parkiet o północy. I rzeczywiście czuć siłę tej wesołej muzyki, mimo że dla takiej wytwórni jak Glitterhouse nie jest to album typowy. Jednak od kilku lat, na rzecz różnych afrykańskich artystów (np. Tamikrest) lobbuje z powodzeniem Chris Eckman (Walkabouts, Dirtmusic).
Ben Zabo (Arouna Coulibaly) z jednej strony wygrywa znajome dźwięki - unosi się nad nim duch Fela Kuti, z drugiej zaś z morza podobnej muzyki, która zalewa kluby z przedmieść Bamako, wyróżnia go "fizyczność" grania, charyzma, zaangażowanie, specyficzna polirytmia i wyjątkowa energia. Energia, która tworzy z Bena i jego zespołu "muzycznych wojowników".
Kiedy Chris Eckman spytał Bena czy kiedykolwiek słuchał afro-beatu, jego twarz rozjaśniła się i odpowiedział szybko: "Ja słuchałem za dużo afro-beatu!" i dodał, że posiada pokłady głębokiego szacunku dla swoich poprzedników. Przy innej okazji z dumą przyznał, że malijscy artyści jak Super Biton de Segou oraz L’Orchestre Kanaga de Mopti, włączyli do swych "klasycznych" (w kontekście afro-beatu) kompozycji, rytmy wywodzące się z etnicznej grupy, z jakiej wywodzi się Ben, ludzi Bo. Mimo, że sami pochodzili z innych środowisk. A sam Ben jest pierwszym jak dotąd człowiekiem Bo, który wypływa na światowe, artystyczne wody.