Kluczem do zrozumienia ducha tej płyty jest tytuł, w którym zawiera się czytelne odwołanie się do epoki, kiedy muzyka z płyt po raz pierwszy opuściła cztery ściany domów i młodzieżowych miejsc spotkań, obowiązkowo wyposażonych w szafy grające. Stało się to za sprawą „tranzystorów”, czyli małych, przenośnych odbiorników radiowych na baterie, które pod koniec lat 50. stały się tym, czym „walkmeny” dwadzieścia lat później. „Tranzystory” były wszechobecne i w zmasowany sposób zakłócały ciszę, jak świat długi i szeroki, dobywającym się z nich cienkim, blaszanym brzmieniem modnej wówczas muzyki, nadawanej przez zorientowane na młodzieżowego słuchacza radiostacje. Nie było od nich ucieczki.
M Ward – amerykański trubadur z południowej Kalifornii, który w 2004 r. zachwycił słuchaczy swym ponadczasowym folkiem nagranym na albumie „Transfiguration Of Vincent” – proponuje na swym czwartym albumie, „Transistor Radio”, sentymentalną podróż właśnie do tamtych czasów. Utwory układają się wszakże nie w dziki, rock’n’rollowy jazgot dla rozbrykanych nastolatków pokolenia Jamesa Deana, lecz w idealny, wyciszony soundtrack na letni piknik dla dwojga zakochanych. Silnie zaznacza się w nich wpływ tradycyjnych gatunków amerykańskich, przede wszystkim country, ballady ludowej i country-bluesa, a raz nawet boogie-woogie z wyeksponowaną grą fortepianu („Big Boat V.3”), jednak M Ward przyporządkowuje je rygorystycznie estetyce muzyki pop z przełomu lat 50. i 60. Jednocześnie dba, by nie było w nich lukrowatego sentymentalizmu i infantylności, cechującej nagrania z tamtych lat. Na tej wyrafinowanej stylistycznie płycie znaleźć można coś z Johnny’ego Casha, Jima Reevesa, Hanka Williamsa, a nawet Louisa Armstronga, który w starszych latach chętnie flirtował z muzyką pop. W utworach „Hifi V.2” czy „Four Hours In Washington” ł....... więcej