Przemysława Rudzia nie trzeba przedstawiać fanom znakomitej sekwencyjnej elektroniki; Pain/tings to kolejna propozycja artysty wydana w barwach Generator.pl. Uważam, że za sprawą poprzedniego dokonania, genialnego albumu Cerulean Legacy, Rudź sam sobie podniósł poprzeczkę wyjątkowo wysoko. Jak zatem brzmi najnowsze dzieło? Lodowato, posępnie, przejmująco i ołowianie - to zbiór fantastycznie odrealnionych impresji z najdalszych ostępów elektronicznych śnieżnych pustyń.
Recenzje:
Płytę otwiera atonalny melanż zmasowanych odgłosów cywilizacji. To mroczne intro skojarzyło mi się nieco z nowymi propozycjami Depeche Mode, zatem tym bardziej wyostrzyłem słuch - moje kolejne skojarzenie z DM nasunął tytuł Pain/tings, czyli w wolnym tłumaczeniu "Obrazy bólu"; czyżbyśmy mieli tu, jak na Playing The Angel grupy Martina Gore'a, do czynienia z "wariacjami na temat bólu i cierpienia w różnych tempach"? Intro trwa już cztery minuty i w każdej chwili może wykluć się cieplejszy ton, rozpoznawalna harmonia... nadal jednak zaciekawieni poruszamy się zupełnie po omacku. Duży plus za skonstruowanie tak fascynującego początku albumu.
I oto prawie na równi z wybiciem piątej minuty pojawia się majestatyczny akord w dobrym, starym stylu, kojarzącym się z zamglonymi śnieżnymi pejzażami Klausa Schulze! Zimowa impresja nadal jest ponura i mroczna, teraz jednak zdecydowanie bardziej dryfuje w stronę "berlińskiego pra-ambientu" aniżeli abstrakcyjnych struktur click-ambientu, co mogła sugerować introdukcja. Przemysław Rudź maluje posępne, lodowe miraże w sumie przez bez mała 24 minuty - rewelacyjne otwarcie płyty będącej nawiązaniem do przeszłości i zarazem śmiałym spojrzeniem w przyszłość. Kompozycja druga od pierwszych dźwięków utrzymana jest w podobnej atmosferze, niemniej jednak tutaj pokrywa lodu wydaje się stopniowo pękać, by odsłonięte zostać mogły wyrazistsze elektroniczne kreski konstruujące niecodzienne pejzaże. Utwór zdaje się mieć wyrazistsze kont....... więcej