Pamiętam pierwsze spotkanie z muzyką Mike’a Pride’a, dawno temu, pewnie ponad 10 lat wstecz. Nie pamiętam już tytułu płyty, ale na pewno kupiłem ją na japanimprov.com. I pamiętam, jak bardzo poraziła mnie energetyczna intensywność tego nagrania. Grał hardcore z elementami improwizacji, mocno, energetycznie, niczym skrzyżowanie ZU i Napalm Death.
Od tego czasu lista współpracowników znacznie się powiększyła, Boredoms, Anthony Braxton, Eugene Chadbourne, chińska pop-gwiazda Priscilla Chan, Nels Cline, Trevor Dunn, Milford Graves, Mary Halvorson, Curtis Hasselbring, Jon Irabagon, Vijay Iyer, Haino Keiji i Fushitsusha, George Lewis, Bill McHenry , Tony Malaby, Ikue Mori, Butch Morris, Marc Ribot, Matana Roberts, Jamie Saft, Chris Speed, Jason Stein, Otomo Yoshihide i John Zorn - to tylko najważniejsi, których w ciągu dekady spotykał na scenie lub w nagraniowym studio.
Gdy teraz słucham wydawanych z jego udziałem projektów lub też jego autorskich nagrań, słyszę jak bardzo dojrzał, jak pod każdym względem się rozwinął. I jak wiele w jego muzyce się zmieniło.
Gdy sięgam po płytę jego kwartetu z 2010 "Betweenwhile" słyszę wciąż jego metalowe korzenie. Tak samo mocno, energetycznie jak przed laty brzmi basowy bęben, gdy Mike Pride zasiada za perkusją. Ale jak wiele w jego grze niuansów, ile kolorów, ile wpływów. Pobrzmiewa tu i funk, i R&B, i jazzowa tradycja, ale też cały czas spogląda on do przodu, tkając na tomie zagadkowe linie, niczym zagmatwane ścieżki ludzkiego życia. Jakby nie wiedział, dokąd go to zaprowadzi, jakby ta jedna linia z wielu miała zależeć tylko od przypadku.
Do nagrania tej płyty zaprosił swoich partnerów, ale i przyjaciół. Alcista Darius Jones to jeden z najbardziej utalentowanych muzyków wschodniego wybrzeża i w moim skromnym odczuciu jest muzykiem, o którym w następnych latach będą mówić wszyscy. I pewnie też wszyscy zachwycać się będą jego muzyką. Z basistą Peterem Bitencem Pride nagrywał i kon....... więcej |