Peter Brötzmann: tenor and alto saxofones, b-flat clarinet, tarogato
John Edwards: double bass
Steve Noble: drums
"Stanięcie z Brötzmannem na jednej scenie oznacza podjęcie wyzwania i wymaga niemało odwagi. I samozaparcia. Bo oznacza dla muzyka to sięgnięcie do własnych trzewi i eksplorowanie skrajnych, bardzo intensywnych emocji.
Nie pierwsze to wspólne nagranie trójki improwizatorów. I znakomicie słychać to na tej płycie. Pisanie tutaj, że są zgrani chyba nie jest prawdą. Bo granie z Brötzmannem chyba akurat tego nie wymaga - potrzeba natomiast do tego wyobraźni i kreatywności, samozaparcia albo też ekstatycznego transu. Bo taka właśnie jest jego muzyka. Od lat niemiecki saksofonista i impeowizator nie oszczędzą siebie i swoich słuchaczy. Energia jego improwizacji wciąż jest powalająca i zadziwiające skąd czerpie ją w swoim przygiętym już wiekiem ciele. Tutaj bardzo dzielnie sekundują mu Anglicy - kontrabasista John Edwards oraz perkusista Steve Noble znajdujący niemal sadystyczną przyjemność w katowaniu swoich instrumentów.
Ale granie z Brötzmannem wymaga także skupienia i umiejętności wsłuchania się w niuanse jego muzyki. Bo czasem potrafi on zwolnić i odsłonić swoje spokojniejsze, bardziej liryczne oblicze. I wtedy umiejętność budowania nastroju niezwykle się przydaje. Peter nigdy jednak nie pozwala by było "za pięknie", by ballada Brötzmanna czy blues Brötzmanna stały się po prostu balladą i bluesem, o nie. Gdy tylko wyczuje, że muzyka dryfuje w te rejony - nadaje jej pęd i belitośnie łamie zastaną konwencję.
Koncert czy nagranie z Peterem Brötzmannem to równocześnie taki akt kreacji w formie czystej. Bo grać z taka intensywnością to znaczy nie tyle słuchać, co zawierzyć swojej intuicji i podświadomości, to rzucić się w twórczą przepaść, zlać w jedno z instrumentem i grać, grać, grać…"
autor: Marek Zając