Czwarty album Band Of Skulls, "By Default", pokazuje muzyków w tak wspaniałej formie, w jakiej nie byli w całej dotychczasowej karierze. Pokazuje muzyków zaangażowanych i skoncentrowanych. Album to celebracja elektryzującego rock and rolla ze wszystkimi jego kluczowymi elementami – zwierzęcą energią, buntowniczością, chórkami, chwytliwymi melodiami, mistrzowsko stworzonymi trzyminutowymi wybuchowymi utworami, mającymi potencjał rockowych hymnów i tak łatwo przyswajalnymi, że z pewnością będą soundtrackiem nadchodzącego lata.
"Z całą pewnością jest to dla nas rozpoczęcie nowej ery" – mówi o "By Default" gitarzysta i wokalista Russell Marsden, podkreślając, że pierwsze trzy albumy jego zespołu były niczym uzupełniająca się trylogia. Czwarta płyta to w pewnym sensie nowy początek dla Band Of Skulls. Muzycy wynajęli salę w Central Baptist Church w rodzinnym Southampton, wypełniając ją starym sprzętem, w tym wzmacniaczami lampowymi i perkusją, na której w latach 60. grał ojciec perkusisty Matta Haywarda. W takim otoczeniu grali próby i pisali piosenki. Czasem wpadał pastor, przynosząc herbatę i ciastka.
"To było nowe, ekscytujące doświadczenie" – zapewnia Matt. Do studia, w którym czekał na nich legendarny producent Gil Norton (m.in. Pixies, Foo Fighters, Patti Smith), przynieśli między innymi jeden z najpiękniejszych utworów w karierze, pierwotny, otwierający płytę "Black Magic", a także czarujący nieodpartym urokiem "Killer", powoli rozwijający się, dramatyczny "Embers", funkowy "So Good", jak i buńczuczny w klimacie, futurystyczny i bluesrockowy "Little Mama". Gil Norton pomógł muzykom oszlifować przyniesione diamenty, częściej jednak zachęcał ich, aby pójść jeszcze dalej w nieznane. Dzięki temu jest na płycie dzika, zwariowana, muskularna rumba "Tropical Disease".
"By Default" to album, z którego muzycy Band Of Skulls są dumni. Co jest zrozumiałe, bo to coś więcej niż tylko ich ostatnie dzieło. To otwarc....... więcej |