Piąte wcielenie Pure Phase Ensemble postawiło nie zmieniać akordu przez cały koncert. Wydawałoby się, że powieje nudą ale nic z tych rzeczy.
Co prawda większość utworów to niespieszne i rozwlekłe formy ale zespół robi to świadomie: powtarza w nieskończoność jeden akord (One Chord) wierząc, że ma to działanie uzdrawiające, o czym śpiewa Hugo Race.
Trochę statystyk:
PPE5 to najdłuższa płyta w dotychczasowej dyskografii. Prawie 80 minut!
Pierwsza edycja, w której oprócz perkusji (Adrian Kondratowicz) były również perkusjonalia (Michał Peschke). Sekcję rytmiczną wspaniale dopełniał Przemysław Bartoś, ze swoim charakterystycznym, krótko brzmiącym basem, jakby żywcem wziętym z Motown Records (nie ma zamulania).
Pierwsza edycja z kobietą w sekcji dętej (Marta Tykarska).
Pierwsza edycja, w której wszystkie utwory łączą się. Nie ma przerw. W tle leci cały czas faza E lub G (wygenerowana wcześniej przez 7faz)
Pierwsza płyta, którą producent (Karol Schwarz) poleca słuchać, nie od utworu nr1, a od nr4!***
Muzycy PPE5 namawiają tą długą płytą do spowolnienia naszego szalonego tempa życia. Jednak mimo wrażenia, że nie zmienili akordu (tonacji) przez całe 80 minut, to w rzeczywistości zrobili to dwa razy!
Utwory 2-4 są w fazie (tonacji) E
Utwory 1, 5-10 w fazie G
Podsumowując: Hugo Race świetnie poprowadził zespół przez ocean of pure phase waveforms.