Drużyna niby turecka, ale jednak trochę holenderska, bo zespół działa w Amsterdamie, a założyciel Altın Gün, basista Jasper Verhulst, był po prostu fanem anatolijskiego rocka i chciał taką muzykę grać. W pierwszym momencie dużo więc zależy od tego, czy i my taką muzykę lubimy – jeśli nie, oswajanie się z konwencją może zająć chwilę. Kto lubi, prawdopodobnie zakocha się od pierwszego odsłuchu, bo turecki saz znakomicie mija się tu z gitarą elektryczną, sekcja gra funkowo, w stylu lat 70., zresztą w finale płyty zespół przez chwilę brzmi wręcz jak światowe gwiazdy estrady tamtej epoki, czyli Abba. Poza tym fragmentem mamy śpiewaną po turecku głosem kobiecym lub męskim (wymiennie: Merve Daşdemir i Erdinç Yıldız Ecevit, grający też na sazie i instrumentach klawiszowych) podrywającą do tańca muzykę, która wprost przypomina konkretne piosenki z popowej sceny Anatolii – kompozytorski wkład własny szóstki instrumentalistów pozostaje symboliczny, sprowadza się właściwie do wyimprowizowanego Şoför Bey. A współczesność w coverach sygnalizują tylko – bezbłędne skądinąd – interwencje syntezatora. Ale całość i tak broni się świetnie przed zarzutami o bezczelne odtwarzanie brzmień idoli Verhulsta. I słucha się tego bardzo przyjemnie.