esensja.pl
Duński sekstet Alawari, choć właśnie wydaje swoją debiutancką płytę, nie jest wcale zespołem stawiającym niepewne jeszcze kroki na scenie jazzowej. Istnieje od sześciu lat i ma za sobą sporo koncertów. Dlaczego więc dopiero teraz ukazuje się jego pierwszy album („Alawari”)? Trzeba by o to spytać samych muzyków. Najważniejsze jednak, że się w ogóle ukazuje, bo to świetna płyta, po którą powinni z radością sięgnąć wielbiciele Sons of Kemet.
Duński sekstet Alawari, musiał uzbroić się w ogromną cierpliwość, ponieważ od momentu postawienia przez jego muzyków pierwszych kroków na scenie do chwili publikacji krążka zatytułowanego po prostu „Alawari” minęło lat… sześć. To nie znaczy wcale, że od 2016 roku grupa nie prowadziła żadnej działalności. Nic z tych rzeczy. Wygrywała konkursy, grała koncerty (między innymi w Polsce), ale widocznie brakowało jej determinacji, aby to wszystko spuentować płytą.
Aż wreszcie sprawę wzięła w swoje ręce kopenhaska wytwórnia April Records – i za jej sprawę w ostatni piątek kwietnia ukazuje się debiut duńskiej formacji. Debiut ze wszech miar godny uwagi. Ton zespołowi nadaje trzyosobowa sekcja dęta, którą tworzą: trębacz Carlo Janusz Becker Lauritsen, saksofonista altowy Asger Uttrup Nissen i saksofonista tenorowy Frederik Engell; za kwestie rytmiczne odpowiadają natomiast kontrabasista Jonathan Melby Bak i perkusista Simon Forchhammer oraz często współpracujący z nimi, choć mające także aspiracje do grania improwizowanych solówek, pianista Sune Sunesen Rendtorff. Gościnnie w sesji wziął udział jeszcze, odpowiadający za efekty elektroniczne oraz sample, Eigil Pock Steen, który miał udział w powstaniu sześciu (z jedenastu) kompozycji.
„Alawari” to w zasadzie składająca się z jedenastu rozdziałów spójna opowieść, która stylistycznie lokuje się w okolicach free jazzu i awangardy, ale nie stroni także od inspiracji jazz-rockiem i afrobeatem. To nie przypadek, ....... więcej