Tego gitarzystę znamy nade wszystko z elektrycznych, pełnych rockowej psychodelii eksploracji, ale miewa on także przygody akustyczne, którymi udanie wgryza się w historię muzyki swobodnie improwizowanej. I to właśnie w tej drugiej estetyce Nuno nagrał bodaj swoją pierwszą solową płytę. Postawił w niej na emocje z rzadka kojące zszargane nerwy, a całość nasączył estetyką post-bluesową. Ten improwizowany spektakl na solową gitarę akustyczną umiejscowiony został całkiem niespodziewanie w samym środku dzikiej, amerykańskiej prerii. Oczywiście soczystego oddechu lizbońskiego saudade artysta nie był w stanie skutecznie zagubić. I bardzo dobrze!
Muzyk rozpoczyna swoją traperską podróż z przytupem. Rysuje gęste pętle i syci je post-rockową ornamentyką. Jego żwawe ruchy skrzą się czerstwym, dynamicznym bluesem. Zaraz potem odpoczywa przy gitarowych flażoletach, liczy struny, zdaje się schylać po każdy dźwięk i dumać nad losem. Trzecia opowieść ma umiarkowane tempo, lepi się z ochrypłych fraz i post-rockowych faktur, a kończy w galopie. Po niej znów ma miejsce czas na odpoczynek, niczym pierwsza szklanka whisky po całym dniu pracy. Opowieść pachnie krowimi odchodami, ciekawie się zapętla i niespodziewanie łapie tempo. W piątej odsłonie muzyk sięga do korzeni szorstkich, martwych fraz, z kolei w szóstej jego gitara zdaje się trzeszczeć ze starości. Nuno rozkłada ją na części i szpera na dnie pudła rezonansowego. Liczy struny, wpada w niekończącą się, zadumaną repetycję. W części przedostatniej na moment oddaje się smukłej, delikatnej balladzie, zbierając siły na efektowny finał. W jego trakcie emocje wybuchają z całą mocą rocka i bluesa, po czym lgną ku pobliskich, gęstym zaroślom. Im bliżej końca, tym muzyka i jej autor zdają się płynąć coraz szerszym korytem, w dół zapomnianej rzeki.
autor: Andrzej Nowak