Bardziej mroczna, agresywna, wsparta mocno, wręcz rockowo brzmiącą sekcją rytmiczną i skoncentrowana na problemach świata ogarniętego wojennym szaleństwem swych liderów-hipokrytów jest nowa płyta działającej od 15 lat formacji Stereolab. „Fab Four Suture”. Nie może być inaczej, skoro słyszymy tu teksty o potężniejącym wojennym zagrożeniu czy faszystach, którzy chcą wszystko mieć pod kontrolą. Nie padają żadne nazwiska, ale każdy głupi wie, o kogo chodzi. Mogli flirtować Stereolab z marksistowską retoryką, teraz jednak opuszczają kafejkę dla lewicującej artystycznej bohemy i wychodzą na barykady. Nie ma tu zbytecznych artystowskich ozdobników, brzmieniowych eksperymentów i w ogóle bujania w obłokach. Cały album, doskonale wyważony, skupiony na muzyce mającej podkreślić przesłanie-ostrzeżenie zawarte w tekstach, koncepcyjnie przywołuje na myśl niezapomniany mroczny opus „Holy Wars” formacji Tuxedomoon z 1985.
Tak naprawdę „Fab Four Suture” to kompilacja czterech EP-ek, ale ponieważ były one wydane w limitowanych nakładach, a repertuar zawarty na nich w sposób wręcz doskonały jest spójny, traktować go trzeba jako autonomiczny album. I to najlepszy od czasów „Emperor Tomato Ketchup” sprzed dekady.