Robert Forster: vocals, acoustic, nylon guitar, electric guitar, piano, casio, harmonica
Adele Pickvance: electric bass, contra bass, mandolin, found sounds, mini moog, vocals
Glen Thompson: drums, acoustic guitar, electric guitar, vocals
Seamus Beaghen: celeste, piano, hammond organ, fender rhodes
Gill Morley: violin
Audrey Riley: cello
Sue Dench: violin
Christ Tombling: violin
Greg Warren Wilson: violin
opisy:
Screenagers.pl; ocena: 8/10
To na pewno ładne i prawdopodobnie nieprzypadkowe, że solowy album Roberta Forstera ukazuje się niemal równo dwa lata od nagłej śmierci Granta McLennana. Mniej więcej trzy lata po ich ostatnim wspólnym dziele „Oceans Apart”, dwanaście po poprzedniej autorskiej próbie Forstera „Warm Nights”, wyższy i lepiej owłosiony z duetu przywódców The Go-Betweens rozpoczyna nowy rozdział swojej kariery naprawdę wyśmienitą płytą.
Jak to z duetami bywa, kolaboracją McLennan/Forster zawsze rządziły subtelne sprzeczności. Robert był w tym związku połową o większym zacięciu artystowskim (ach te pozy, obsesja na punkcie fryzury, specyficzna maniera mówienia i image hrabiego-ekscentryka), lecz znacznie mniej produktywną (praktycznie nie miewał w swojej karierze odrzutów, komponował bardzo niewiele, ale efektywnie). Przede wszystkim jednak, zasadnicze pytanie brzmi, czy Forster w ogóle kiedykolwiek był *muzykiem* z prawdziwego zdarzenia. I nie chodzi tylko o ubogi warsztat instrumentalny czy charakterystyczną niechęć do śpiewania, obstawanie przy semi-melorecytacji. Zaryzykowałbym tezę, że raczej był i jest utalentowanym humanistą o wysokim poczuciu estetyki i silnej potrzebie autokreacji, który równie dobrze mógł spełniać się jako ceniony powieściopisarz albo malarz, tyle że on akurat wybrał rolę autora gitarowych piosenek i osiągnął w niej wiele dobrego. Nieprzypadkowo wszak kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych rozpadał się zespół, jako jedną z nieoficjalnych przyczyn (obok wzajemnych sercowych rozczarowań poszczególnych członków grupy) wymieniano rozejście się artystycznych intencji McLennana i Forstera. Roberta nijak nie interesował komercyjny, studyjny kaftan, w jaki chciał wcisnąć swoje radiowoprzyjazne melodie Grant. Zamiast tego, nagrał ocierające się o gotycką odmianę folku, suche i oszczędne „Danger In The Past”, które stało się niedoścignioną perłą pierwszej odsłony jego solo....... więcej