muzycy:
Jet Marshall: rhythm guitar
Tony Harwood: bass
Jacob Grace: drums
Jeremy Jay urodził się i dorastał w Kalifornii. Jednak jego matka była emigrantką ze Szwajcarii, dlatego w domu rodzinnym mówiono po francusku (Jeremy zna ten język doskonale). To zapewne miało wpływ na jego postrzeganie świata. Jeremy czerpie inspiracje ze świata amerykanskich artystów jak Andy Warhol, ale też ikony nurtu młodzieżowego w kinie amerykańskim John Hughes. Inspiracji szuka w kinie Nowej Fali Francuskiej (François Truffaut, Jean-Luc Godard . . ).
Przez wielu dziennikarzy nazywany mistrzem nastroju nagrał właśnie kolejny, trzeci już długogrający album. Szerzej znany stał się dzięki zachwycającemu albumowi "A Place Where We Could Go".
Drowned In Sound tak pisał o tej płycie: "Jeremy Jay zakochał się... w Hollywood z lat 50-tych, muzyce Gene'a Vincenta i Jonathana Richmana. Najbardziej pokochał nastrojowość filmu "Heavenly Creatures", często ujawniającą się w jego piosenkach, które aż kipią seksualnością. Jeremy Jay na swojej ostatniej płycie porzucił elektroniczne motywy, znane z jego ostatniej EP-ki, by móc stworzyć zupełnie inny, romantyczny klimat. Ten romantyzm jest jednak trochę inny; rzępoląca gitara, impulsywne pianino, psychodeliczny bas. A do tego samotny akompaniament... brzęk talerza Chrisa Suttona z Dub Narcotic Soundsystem. Produkcją "A Place Where We Could Go" zajął się Calvin Johnson w typowym dla niego stylu - minimum bałaganu, ale za to zapadający w pamięć pulsujący rytm. Paryski styl sączy się w melorecytacjach w "Til We Met Again" i "While The City Sleeps", które z osobliwą łatwością przenoszą w świat widziany przez różowe okulary. Debiut Jeremy'ego Jaya może sprawić, że stanie się on nowym królem naive-pop."
W ciągu kilku miesięcy od debiutu Jeremy stal się jedną z sensacji roku. Zyskał miano jednego z ostatnich geniuszy popu. Jego muzykę kwalifikuje się często jako suicide twee-pop czy freak folk. Artysta nie spoczywa na laurach, na początku 2009 roku wydał EPkę "Love Everlasting".