Z okładki spoziera dobrze wszystkim fanom serialu „Zagubieni” twarz aktora Jorge’ego Garcii – tego sympatycznego grubasa o imieniu Hurley.
Reklamuje on pierwszy po rozstaniu się z Universalem album grupy, nagrany dla Epitaphu.
Brett Gurewitz z Bad Religion i Tim Armstrong z Rancid, chętnie powitali w swych progach – znaczy w progach Epitaphu - zespół, który na fali popularności muzyki zwanej emocore sprzedał kilka milionów płyt i zdobył prestiżową nagrodę Grammy. Weezer to jednak nie jest emo w ścisłym tego pojęcia znaczeniu. Zespół powstał na początku lat 90. – początkowo jako typowo garażowa kapela, zapatrzona bez reszty – no i trochę bezkrytycznie - w swych idoli, i to tak różnych, jak Cheap Trick, The Cars, Sonic Youth, Pixies, Nirvana, Green Day czy Pavement. Łącząc w komunikatywną dla szerszej publiczności i chwytliwą aż do bólu całość elementy pop-rocka, power popu i alternatywnego rocka, Weezer odniósł duży komercyjny sukces. Nowy kontrakt z Epitaphem i „Hurley” to zdecydowany powrót do nowofalowych i indierockowych korzeni. Nowy album – wyprodukowany przez lidera grupy Riversa Cuomo i Shawna Everetta (Raditude, Phantom Planet, Ozomatli) – nie zawiedzie fanów, przyzwyczajonych do firmowanych przez zespół od zawsze chwytliwych piosenek, jednak na pewno mile zaskoczy emanującą z nich, nową energią.