Po flircie z dużą firmą płytową i dwóch ambitnych, artrockowych albumach, zespół z Portland powraca na łono indierocka i po raz pierwszy w swej karierze zanurza się bez reszty w amerykańskiej tradycji folk i country.
Wierzyć się nie chce, że zaledwie dwa lata temu Colin Meloy z zespołem nagrał coś na kształt rock-opery: opartą luźno na EP pieśniarki Anne Briggs opowieść o miłości zwykłej dziewczyny do napotkanej w lesie tajemniczej, przybierającej różne kształty postaci. Na tej płycie („The Hazards Of Love”) i na wcześniejszej („The Crane Wife”) The Decemberists – całą swoją karierę mocno inspirowani muzyką brytyjską – otarli się wręcz o rock progresywny.
Jednak powrót z potężnego Capitolu do niezależnej wytwórni nie stał się zarazem powrotem do dawnych inspiracji – w rodzaju choćby The Smiths, chyba że tytuł albumu uznamy za przewrotne puszczenie perskiego oka w stronę klasycznej płyty „The Queen Is Dead” z 1986 roku. Przewrotne, bowiem Meloy bynajmniej nie eksploruje jakichś zamorskich terytoriów lecz rodzime podwórko, a na swych przewodników wyznaczył R.E.M. i głęboko zanurzoną w folklor Appalachów pieśniarkę Gillian Welch, co podkreślił zaproszeniem do studia gitarzysty Petera Bucka i samej Welch. Ich udział z nagraniu „The King Is Dead” daleko wykracza poza kurtuazyjne sformułowanie „gościnny”. Dzięki Buckowi kilka utworów rzeczywiście brzmi jak covery R.E.M., zwłaszcza „Down By The Water”, który jest niezawoalowanym ukłonem w stronę „The One I Love”, podczas gdy głos Welch aż siedmiu piosenkom z płyty wykonanym z Meloyem przydaje stylowej głębi. Bez jej udziału pastoralne ballady „January Hymn” i „June Hymn” czy odwołujący się do starych ludowych tańców „Rox In The Box” lub wyraźnie nawiązujący do „Honky Tonk Women” „All Arise!” brzmiałyby o wiele ubożej.
Nie ma większego znaczen....... więcej