Damian Komorowski - gitara, chórki
Tomasz Nowacki - wokal, gitara, perkusja
Maciej Zajączkowski - bas
Ta płyta spodoba się wszystkim fanom klasycznego rocka. To, co prawda tylko trzy utwory, ale za to jakie! Każdy płynie w zupełnie innym tempie, każdy dawkuje inną porcję czadu, ale wszystkie spójnie łączą mocne post-grungowe brzmienie i charakterystyczne partie wokalne.
Płytę rozpoczyna wolny gitarowy wstęp, który po kilku sekundach przekształca się w wybuchający wulkan - to hymnowy "Feniks". Kiedy zapada cisza i w uszach pobrzmiewa jeszcze monumentalna harmonia na dwa głosy z refrenu tego utworu, nadchodzi prawdziwy "riffsztorm". "Anymore" nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z rasową rockową machiną od której buty schodzą z nóg i żyją własnym życiem. Ostatnie oblicze tej płyty to ballada "Czegoś brak", stawiająca porwanego rockowym tsunami słuchacza delikatnie na ziemię i ogrzewająca swym ciepłym przekazem. W warstwie tekstowej to po prostu bezpretensjonalne wyznanie miłosne, w muzycznej zaś fajna melodia z gitarowym podkładem. Materiał idealny na radiowy hit.
Zespół nie sili się na oryginalność za wszelką cenę i dzięki temu można doszukać się w tej muzyce inspirujących odniesień do Nickelback, Staind, ale też ich prekursorów w postaci Alice In Chains czy nawet Jane's Addiction.
Nawet gdybyśmy mieli do czynienia z LP i nawet gdyby reszta utworów była przysłowiowym wypełniaczem, to i tak dzięki tym kawałkom można byłoby wystawić jej pozytywną ocenę. Jeśli jakiś krążek z 3 zaledwie numerami zasługuje na zakup, to z pewnością ten. Trzy w przypadku Blooszcza znaczy wiele.