W szwedzkich lasach spotkały się: noise rock, sad core, emo i post-rock, a sprawcami tego spotkania byli członkowie duńsko-szwedzkiego zespołu Lampshade. W tych szwedzkich lasach powstał także ich debiutancki album, którego tytuł pochodzi z wiersza duńskiego poety Martina A. Hansena. Ich piosenki unoszą się między melancholią i przekornym optymizmem.
Masywna, realna siła spotayka się z delikatną wrażliwością. W jednej chwili muzyka jest bardzo spokojna, głęboka i malownicza jak skandynawskie jeziora, by za chwilę zbudziłą się burza, gitary grzmią, powierzchnia jeziora zaczyna falować, a muzyka przechodzi w nagłe, szturmowe crescendo, zajmuje dla siebie miejsce, jak woda po pęknięciu tamy.
Lampshade przypomianją takie zespoły jak Godspeed You Black Emperor czy Do Make Say Think, ale swymi noisowymi wybuchami także Mogwai. Smyczki, dzwonki, miękkie dęciaki i głos wokalistki Rebekkmarii, jakby wróżki z bajki, przypominający nieco glos Björk, wyznaczają zespołowi całkowicie własny kierunek. Album, majestatyczny jak jesienna burza i ale przy tym równocześnie łagodna i ciepła jak letni deszcz...