Ubiegłoroczny album „Gallowsbird’s Bark” rodzeństwa Matta i Eleanor Friedbergerów – rodem z Chicago, lecz zamieszkałych od lat w Nowym Jorku – był jednym z najbardziej zaskakujących debiutów na amerykańskiej neogarażowej scenie rockowej. Można by powiedzieć, że The Fiery Furnaces – bo pod taką nazwą występują Eleanor i Matt – pozazdrościli sukcesu innemu familijnemu duetowi, The White Stripes i zapragnęli skorzystać z dobrej koniunktury na stare dobre rockowe granie. Tyle tylko, że wyszło im coś zupełnie innego.
The Fiery Furnaces swymi ekscentrycznymi melodiami, ekstrawaganckimi instrumentacjami, brzmieniem – jak to Matt określa – „zepsutych zabawek”, surrealistycznymi tekstami oraz układem utworów sugerującym, iż jest to album koncepcyjny, wprowadzili totalny chaos w konkurencji, w której startowali. I chyba podnieśli pod niebo poprzeczkę dla tych, którzy jeszcze łudzili się, że wystarczy grać jak The Strokes, The White Stripes czy Yeah Yeah Yeahs, albo jakiś zapomniany zespół nowojorski z końca lat 70., by zdobyć sławę i fortunę. Niecały rok po nagranym w trzy dni jako demo „Gallowsbird’s Bark” otrzymujemy równie jak debiut nadzwyczajny album „Blueberry Boat”. To też jest jakby zapis jakiejś dziwnej i szalonej podróży, tym razem odbywającej się w głowie głównej narratorki. Jest tu więc sporo emocjonalnych turbulencji, sporo kapryśnej kobiecej zmysłowości i zmienności, a przede wszystkim mnóstwo nieokiełznanej fantazji. To wszystko, co dzieje się w głowie Eleanor w doskonały sposób uchwycone jest w muzyce, w której splatają się ze sobą w różnorodnych, a często tak karkołomnych, jak pozycje w „Kama Sutrze” układach elementy rocka, bluesa, music hallu, wodewillu, muzyki dwudziestowiecznej i tandetnej muzyczki z wesołych miasteczek i lunaparków. Tego się nie da opisać, tego trzeba posłuchać – oba albumy The....... więcej