Drugi album krakowskiej surfrockowej grupy Kaseciarz.
Album powstawał przez osiem miesięcy i – jak przyznają muzycy – nie był to łatwy proces. – Pisanie utworów zaczęło się zimą 2012/2013 podczas feriowego wyjazdu zespołu, kiedy zamknęliśmy się w domu na odludziu zasypanym śniegiem. Pierwsza sesja nagraniowa miała miejsce w krakowskim klubie Kolanko No 6, z uwagi na ciekawą akustykę sali koncertowej. – Chcieliśmy złapać atmosferę nagrania live, dlatego rejestrowaliśmy utwory na setkę. Nagrał i zmiksował nas wtedy Mateusz Sieniawski. Później resztę instrumentów Maciek dograł i zmiksował sam w salce prób Savant Studios oraz w domu. Na koniec dograliśmy wokale i instrumenty perkusyjne u zaprzyjaźnionego Aleksandra Margasińskiego, który też zmasterował całą płytę – wspominają muzycy.
W odróżnieniu od debiutu, “Surfin’ Małpolska”, większość nowych numerów to piosenki z wokalami, choć raczej nie należy się spodziewać skocznych pląsów w stylu wczesnych Beach Boysów. – Materiał powstawał w warunkach ciężkiej, smogowej krakowskiej zimy. Nie wiemy nawet czy to już dalej jest surf. Jeśli tak, to raczej nazwalibyśmy to dark surfem albo coś w tym stylu. Całość też jest bardziej przestrzenna i bardziej agresywna. Największa różnica wynika również z faktu, że ten album jest robiony przez zespół – trójkę ludzi, power trio, więc w nowych kompozycjach czuć więcej powietrza. Każdy wniósł tutaj coś od siebie – tłumaczy kolektywnie Kaseciarz.