Na swojej szóstej płycie Kurt Vile pokazuje zarówno swoją introspektywną, jak i pewną siebie stronę.
Tworzy swoje mity. Chłopak/mężczyzna o dojrzałym, soulowym głosie w cyfrowych czasach, gdzie wszystko staje się czymś innym. Dlatego ten album jest skoncentrowany, genialnie przejrzysty i szczery, jak powiew świeżego powietrza.
Nagrywany i miksowany w wielu różnych miejscach, jak Los Angeles i Joshua Tree, b'lieve i’m goin down... jest niczym uścisk dłoni ciągnący się przez cały kraj, od wschodniego do zachodniego wybrzeża, przez pustynną historię (Valley Of Ashes) opowiadaną podczas szczerych rozmów, naznaczonych pozbawionym wody krajobrazem. Ten album wypełnia powietrze, uczucie nieważkości i braku ciała, ale jest przy tym przekonująco autentyczny...
„Chiałem wrócić do pisania smutnych piosenek na mojej kanapie, gdzie nikt na mnie nie czeka”- mówi wokalista.
Jak napisała o tej płycie jego fanka Kim Gordon znana z Sonic Youth: „to jest dziwna, dojrzała płyta, na której artysta przyznaje się do swojej wrodzonej niedojrzałości do bycia ojcem, mężem, partnerem, dorosłym, muzykiem... Nie jest ideałem, ale przekonuje nas żebyśmy to zrozumieli… takie jest życie, choć smutno jest to przyznać…”.
Z kolei Consequence Of Sound tak opisuje twórczość Kurta: "jego boskie melodie i surowa instrumentacja budują kanon jego muzyki, która od dawna daje satysfakcję za sprawą ryzykownej wrażliwości i wytrwałości".