Jesienią 2014 roku Alex Izenberg przemierzał Los Angeles, by dotrzeć do domu przyjaciela Olivera, gdzie w rogu stał stary fortepian Yamahy.
To wtedy w głowie 24 letniego rodowitego Kalifornijczyka zrodził się pomysł na projekt muzyczny, który powoli rozrastał się przez kolejne miesiące. To, co zaczęło się od przyjemnej, eksperymentalnej współpracy pomiędzy Izenbergiem, a producentem Ari Balouzian, wkrótce przerodziło się w wymagający pełnego artystycznego zaangażowania album. Płyta, która otrzymała tytuł ‘Harlequin’, jest złożoną kolekcją śmiałych i dziwnych piosenek, które w równym stopniu olśniewają, co wprawiają w zakłopotanie.
Ryzykownym byłoby szufladkowanie Izenberga. Własny styl, instynkt melodyczny i kompozycyjne wybory nieustannie przykuwają uwagę jego słuchaczy. Jest prowokacyjny i wbrew talentowi z radosnym zgorszeniem odnosi się do tradycji amerykańskiej piosenki.
‘Harlequin’ jest właściwym debiutem Izenberga, jednak jest także punktem kulminacyjnym po pięciu latach pisania i nagrywania pod różnymi pseudonimami, za każdym razem pokazującymi jak młody artysta z niezwykłą łatwością łączy naiwne i romantyczne melodie z dzikim dźwiękowym awanturnictwem. Wczesne nagrania Izenberga zdradzały fascynację twórczością Randy'ego Newmana, Harry'ego Nilssona, Van Dyke Parksa, a nawet Eltona Johna. Znajomość muzyki tych ponadczasowych tytanów lat siedemdziesiątych słychać w refrenach takich utworów jak ‘To Move On’ czy ‘Grace’. Z jednej strony eleganckich kompozycji, z drugiej zniekształconych, dzięki czemu brzmią osobliwie i oryginalnie.
Jako artysta urodzony na początku lat dziewięćdziesiątych, Izenberg przyzwyczajony jest do słuchania muzyki w internecie. Zachłannie i różnorodnie, czego odzwierciedleniem jest też jego własna muzyka. ‘Harlequin’ jest niczym studium szaleństwa – niespokojne, gorączkowe senne sekwencje, z których część przypomina świa....... więcej