Album nagrany przez zespół latem 2005 w Ljubljanie zadziwi z pewnością tych, którzy ten muzyczny kolektyw skupiony wokół Roberta Fishera kojarzyli tylko z mrocznymi folkowymi piosenkami. I wszystkich innych zresztą też. Od folkowych ballad do pełnych energii rockowych pochodów, z impetem, klasą i kapitalną dramaturgią. Muzyczne kino z emocjami, majestatyczne i pełne smaku, ale nie popadające w patos.
Do tej pory Willard Grant Conspiracy nagrał pięc albumów (Regard the End, Everything’s Fine, Mojave, Flying Low i 3am Sunday At Fortune Otto’s) oraz składankę best-of "There But For the Grace of God" i stał się dzięki nim jednym z ważniejszych przedstawicieli indie-/post-folk-rocka (czy jak to jeszcze nazwiemy). Nowa płyta jest jednocześnie kontynuacją i zmianą, brzmienie pozostaje bardzo charakterystyczne, podobnie jak pełen charyzmy głos Fishera (przypominający nieco dawnego Nicka Cave'a) opowiadający historie, niewiele zmieniło się też instrumentarium, ale to wszystko brzmi jeszcze bardziej rockowo, energiczniej, czasem wręcz eksploduje jak wulkan (tak jak w tytułowym, 9-minutowym utworze). Dla fanów amerykańskiego folku z rockowym kopem pozycja wprost wymarzona.
Zespół jest i był właściwie zawsze luźną i wciąż zmieniającą się konfiguracją muzyków, którzy wprowadzają za każdym razem wiele nowych świeżych pomysłów, dlatego Willard Grant Conspiracy nigdy się nie nudzi i nie powtarza ogranych schematów.
Oto co sam pomysłodawca i jedyny stały członek zespołu, Robert Fisher, mówi o nagrywaniu tej płyty:
“The basic tracks for Let it Roll were recorded last May in Ljubljana at Metro Studio where we recorded the last record, Regard the End. It was recorded with Janez Krisaj at the engineering helm during a week long break in touring between dates in Italy and Glitterhouse Records annual Orange Blossom Festival celebration.